Lubię, kiedy mam  w czubie...
Polska oczami czasem mokrymi od łez...
Podróż


Jako nowowybrany Prezydent Jaśnie Rzeczypospolitej, postanowiłem na jeden rok zostawić kraj pod opieką Premiera i jego rządy wybranego, jakże by inaczej w demokratycznych wyborach. Ździebko mnie to trochę zdziwiły te wybory, no cóż, nie byłem matką czy ojcem tego czy owego posła czy senatora. Chociaż czasem zazdroszczę zwierzątkom z obojnactwem w naturze. Temu czy owemu należałby się gułag lub co najmniej tęgie lanie.

Przed podróżą ustaliśmy z Premierem reguły gry, co zbytnio mnie nie napawało optymizmem, gdyż, co, jak co, lecz zaufanie do Premiera Móżdżka to rzecz tak niebywała jak to, że żaba zje krokodyla. Jeśli moja podróż miała przynieść jakieś efekty i moim głównym zadaniem miało być absolutnie nie wtrącać się do rządzenia pipciowatych i nadętych ministrów, to skoro tak chce większość moich rodaków, cóż robić? Hajda w świat.

Po jakimś czasie, około dwóch miesięcy zaczęły mnie irytować pewne sytuacje. A to ktoś „zapierdzielił” ulubionego przez ze mnie „Tupolewa”. Było to bodajże na Hawajach. Fakt, że zaraz tutejszy boss walił takie pokłony z przeprosinami, że o mało nie rozwalił hoteli wraz z basenami. Część klienteli próbowała wiać myśląc, że to tsunami lub trzęsienie ziemi.

No skończyło się na kajaniu i przeprosinach. W zamian rząd amerykański w osobie wiceprezka Matutre, w ramach rekompensaty postawił do mojej dyspozycji Boeinga, z jakimś tam numerem, coś kole 900. Duże to bydle było, jak dla mnie, Kity i Łoma stanowczo za duże i długie. Dla przykładu, aby się nachlać musielim my dreptać po schodach zakręconych lub walić windą na trzeci etaż.

Rano po przebudzeniu, około południa mi się odnajdywali. Takie cholerstwo nam dali. Trochę z początku nas to dziwiło, że szef US-a podarował nam taki samolot, chociaż w Kijwamwdesen naszym żołnierzom z oddziału „Walkitę”, po uwolnieniu hamerykańskich marines nie chciał dać nawet na lody.

Pytać nie wypadało, jakoś nam po hawajskich napojach języki twardawe były a na migi to my się bali, że pokaleczym ogólnie wiceszefa US-a lub co gorsza oczy paluchami wydłubiem. No i następna wojna gotowa. A „Patrioty” tuż, tuż…. pod nosem.

Problem my nieco mieli, gdyż panienek na samolocie nie było, choć tydzień zmierzwiliśmy na poszukiwania i dochodzenia. Kita nawet próbował na 10 km w górze wleźć na skrzydło i zajrzeć pod ogon odrzutowca, lecz dopiero płacz, spazmy, błagania i okazane zdjęcia rodzinne wszystkich 14 pilotów i obsługi poruszyły nasze serca i odstąpiliśmy od dalszej penetracji samolotu. W „Tupciu” było wszystko prostsze - dwa kroki i człek musiał uważać, aby nie wypierdylić się w przestworza. Nawet do sracza człek w kombinezonie strażackim i spadochroniarskim musiał być odziany. Nie mówiąc oczywizda o wcześniejszem błogosławieństwie kapelana świty.

No jakby nie patrząc po Hawajach udali my się na inne kontynenty. Opowiadać nie ma, co, bo wszystko było jednakie. Chlańsko, trzeźwiańsko, i od czasu do czasu jedzonko.

No może warto wspomnieć o tym. Gdzieś w okolicach Antarktydy - a tam nas też zawiało, chociaż nie bardzo my wiemy jak, samolotniki także w pamięć zaparli, jedyno, co fragment depeszy z życzeniami imieninowy od niemalże wszystkich szefów rządów w świecie po tej imprezie ostał. Czyje to imieniny? Do dziś trudno odgadnąć. Impreza w każdym razie była git.

No, więc, na owej Antarktydzie znów nam skubnęli awionetkę. Już zacząłem się wnerwiać, gdyż pachniało to robotą naszych rodaków. Ale żeby na tym zadupiu? Cosik nie pasowało. Jednak na drugi dzień - tam dzień to pół roku- po kolejnym „śniadaniu” Kita wylazł na zaplecze po kolejną porcję „zmrożonej” i długo nie wracał. Z początku my myśleli, że Kita tak z tęsknoty za babami polazł w teren, aby zerwać jakąś babkę, co we fraku tudzież sporo biega. Może mu się pokierbaczyło z zakonnicami.

Mylim się jednak i to za mocno. Wyszli my z stacji i patrzym a Kita stoi i gęba ma rozdziawiona od sufitu po tylny garaż wisi. Idziem śladem jego durnowatego patrzenia i sami zaniemogli… przed nami stał samolot. I to jaki! Coś na nim pisało „Arbus” lub coś w tym stylu. Na samej górze coś lub ktoś machał do nas gałązkami. Tak się nam wydawało. Z stacji wylazł starszy młokos ( jak tam żyć skoro, co drugi dzień urodziny lub imieniny, brr.. straszne) i dał nam lunetę. Patrzym my a tam na chyba 8 piętrze samolotu drzwi i stoi człek w czapce z orzełkiem na łbie i macha do nas z grymasem na twarzy. Widać z ciepłych klimatów przybywszy.

Zjechał do nas windą, jakby samoloty schodów nie miały, polazł do nas i zaczął coś pitolić, że nas mocno przeprasza i zaprasza na pokład, wita nas chlebem i solą, co o mało co, nas na wymioty nie zebrało a starszy stacji z błyskawicami oczach o mało co harpunem lub co gorsza szwędającym się pigwejem, o mało co go nie zaszlachtował jak jaką to kiszonkę. Skurczybyk zmitygował się dosyć szybko, przestał nadawać na obcych falach i elegancko zaprosił nas do samolotu.

- Spierd….. stąd, kur… tutaj zimno. Wreszcie ludzki język.

No tak, w miarę przyzwoitych warunkach my dolecielim do Ojczyzny ukochanej. Nie zdążylim my obalić nawet ćwiartki jak przez megafon jakaś kobiecina wrzasnęła, że my już som. Może i cicho gawariła, lecz nam jakoś po wojażach słuch się wyostrzył. Puślim jej uwagę płazem.

Zaraz po wylądowaniu kazałem się zawieźć do Pałacu i natychmiast udałem się do Archiwum. Nakazałem też szambelanowi Wysojebskiemu stanowczo, aby mi nikt nie przeszkadzał, co najmniej przez tydzień. Inaczej to rozpijrze całe te towarzystwo. Dałem chłopowi do zrozumienia, że jestem daleki od ojcowskiego nastroju i miłości partnerskiej między bliźnimi.

Były ku temu trzy powody. Pierwsze, w Archiwum jest duży kibel, co gwarantowało spokojne dojście do siebie po rocznej podróży, drzwa dźwiękoszczelne oraz prasowe wycinki sprzed lat. Musiałem nadrobić braki. Nie spodziewałem się tylko jednego, że moi podwładni nie uzupełnią o ostatni okres. Rok.


Rodzina

Po tygodniu wreszcie wylazłem z mojej nory i widzę Szambelana u swych oczu. No cóż, etykieta, etykietą, pytam się, więc kulturachnie.

- Czego, k… chcesz?

- Witam Szanownego Pana Prezydenta ponownie. Czy mogę Jaśnie Panu Prezydentowi, zaproponować porządek dnia przygotowany przez Najjaśniejszą Pierwszą Damę Narodu.

Zaniemówiłem. Kuźwa, czy ja śnie czy on może dopomina się abym dostać w ryj? Gdzie ja jestem?
Pochyliłem się ku nie mu. Kiwnąłem palcem aby się zbliżył.

- Chcesz w mordę czy o drogę pytasz? - Cichutko i delikatnie się zapytałem.

Wyprostował się i zgodnością rzekł.

- Nie.

Zatkało mnie. Kuźwagon, robokop walony. Odwaliło mu? Nie poznaję ciecia. No cóż było robić. Gdzieś tak od dwóch dni zauważyłem, że w moim organizmie czerwone ciałko krwi zaczynały już powoli dzierżyć palmę pierwszeństwa i mózg jakby wracał do minionej epoki.

- No dobra, wal śmiało - zebrałem się w sobie i nabrałem odwagi. W końcu przeżyłem dwa porwania samolotu, żarcie z całego świata, niejeden cycek i galony różnych wytrawnych napojów. O tańcach nie wspomnę.

- Na początek spotkanie z Rodziną…

- Zara, zara - przerwałem Robokopowi - co to jest? Jaja robisz sobie ze mnie? Jaką rodziną? To później.

- Nie - stanowczo zaprotestował. - Jajka będą na śniadanie pojutrze podczas uroczystego śniadania z ambasadorami. Rodzina rzecz święta. Jaśnie Pana nie było rok, wszyscy się tęsknili, Rodzina Pana Prezydenta także.

- No dobra - zrezygnowałem z twardzielem, chociaż poprzysiągłem mu zemstę. Potrzebowałem tylko do pomocy Kitę i Łoma. - Wal dalej.

- Po spotkaniu z Rodziną Jaśnie Pana, 15 minut - pochwaliłem cymbała za spostrzegawczość i umiar - posiedzenie Prezydenckiego Rządu Rzeczpospolitej pod przewodnictwem Premiera Móżdżka. Wszyscy ministrowie obecni. Czas operacji - do czterech godzin, biorąc pod uwagę lukę w nieobecności Pana Prezydenta. Wystarczy?

Coś mi tu śmierdziało, nie wiem, czemu kojarzyłem to z Rewolucją Francuską i gilotyną. Że też dałem się wrobić z ten urząd. Na razie nie panikowałem, postanowiłem grać twardego chłopa jak zawsze.

- No dobra dawaj ta Rodzinę, później sobie pogadamy.

Wprowadził mnie do okrągłego salonu, - kiedy to zmieniono? Nie jarzyłem nieco. Coś tu dalej zaczęło mocno zaiwaniać jakąś padliną. Nieufnie wszedłem. Zamknął drzwi, zostawiając mnie samego na środku pokoju. Zacząłem się trwożnie rozglądać wokoło. Może z tego obrazu coś wystrzeli? A z tej niszy? Nie zdążyłem się długo napawać strachem, gdy wtem otwarły się drzwi na wprost i dostojnym krokiem wlazł na mój teren jakiś orszak. Na czele pochodu szła laska, szczupła, z lekką niewidoczną tapeta na twarzy - nawet miła dla oka, obok młody chłopak i dwie dziewczynki. Jak z żurnala. Zdębiały patrzyłem. Wzrokiem zacząłem szukać Szambelana. Wychynął się za nich i wyprzedziwszy ów orszak, głosem donośnym i spokojnym oznajmił.

- Jego Wysokość Pani Prezydentowa i dzieci Szanownego Prezydenta.

Myślałem, że mnie szlag ugotuje! Ta niby szczupła laska, odstrzelona w Armadiego czy jak mu tam, prawie modelka niby moja stara? Wkurzony ręką zawołałem Szambelana.

- Co Ty kuźwa, Wysokojebski tu odstawiasz za cyrk? Moja stara ma, co najmniej trzydzieści kilo w samym kibiciu? A te bachory to, co niby moje? Od kiedy to kurza twarz chodzą do fryzjera i myją się trzy razy dziennie? I dodatkowo tacy elegancko, Twoja Mać zapchlona łażą? Co?

- Przykro mi Panie Prezydencie. Minął rok. Cuda się też zdarzają, nie tylko na Antarktydzie. - Szeptem uświadomił mi upływ czasu.

- Co Ty k… wiesz o Antarktydzie, Robokop?- Warknąłem. Skąd on o tym wiedział, że nam tam skubnęli Boeinga? Oj dopiero się zacznie jak Prezydent US-a zażąda zwrotu tej zabawki. Spociłem się jak poooseł.

Spojrzałem na gawiedź. No fakt, Melanii tak wyglądała na pierwszej randce, widać, że czas ją trochę posunął - groźnie spojrzałem na Szambelana, ze wstydem przymknął oczy, ale żeby tak w rok się zrobić na bóstwo? Co babie grzmotło w mózg, aby tyle kilogramów w rok zgubić? Pieszo zaczęła łazić do Sochaczewa?  A dzieciaki? No tak, zmyłka to ubrania. Jednak coś było też innego. Stały grzeczne, uśmiechały się do mnie, trzymały kwiaty w rękach. A może miały tam granaty? - Przeleciało mi przez łeb.

No dobra, raz kozie śmierć. Podeszliśmy do siebie. Żadnego rzucania się na szyję, wrzasków typu - O tatuś? Co masz w kieszeni?  I etc.

Melanii podeszła, buśka, buśka. - Kocham cię mężuniu, mój Słoneczku. Dzieciaki też jakoś tak mnie swawolne.

- Melanii, choć na stronę - wziąłem laskę za kibić i w niszę z nią. - Co tu kuźwa się dzieje? Ty jakoś wyglądasz tak, że jestem gotów każdego, kto na cię spojrzy jego własnymi jajcami nakarmić, dzieciaki jakieś takie niby moje niby nie. Żadnego plucia, żucia gumy, żadnych żartów czy chamskich odzywek. Co jest grane?

- Zmiany - pocałowała mnie czule w usta - Zmiany Koteczku. Sam chciałeś, pamiętasz rok temu?

- No, dobra, pamiętam, Ale żeby w ciągu roku powaliło na glebę tyle mózgów to chyba lekka przesada? Nie sądzisz?

- Nie, Mój Słodziutki. No zresztą czas minął. Muszę lecieć. Ja do pracy a jeszcze rower obiecałam odebrać od Pani Premierowej inaczej nie zdążę na czas.

- Co Ty chrzanisz? Jaka praca? Jaki rower? Nie możesz wziąć mojej limuzyny?

- Mój Drogi Panie, a skąd niby ta figurka? - zakręciła się jak baletnica na palcach. - A po takiej jeździe na rowerku do pracy i z powrotem to mogę ci obiecać, że takiej Amazonki to nawet w mitologii nie mieli. Pa, do zobaczenia wieczorem w alkowie! I wypadła salonu jak burza.

- Aha, jakbyś chciał mnie odwiedzić w pracy to pracuję u „Walonego Warchlaczka”, jako kelnerka. Przyjdź będzie wesoło….

Dzieciaki z uśmiechem zaczęły się żegnać. Syn coś opowiadał o jakiejś demonstracji, obie córki natomiast zakwiliły coś o nauce języków obcych i o czymś takim jak kolokwia. Nie pojmowałem tego. Bez słowa udałem się na spotkanie z rządem.


Rząd

Wkurzony do granic niebiańskich, wtargnąłem do sali obrad. Ciężko zwaliłem się na fotel.

- No dobra, Premierze zaczynajmy. - Zagaiłem.

- Od czego obie szef życzy?

Dziwnie wyglądał. Głowa spuszczona, unikał mojego wzroku. Na twarzy był cały czerwony.

- No wal śmiało. Pamiętasz naszą rozmowę sprzed roku?

- Pamiętam.

- No, co się Tobie i całemu rządowi udało się zrealizować. W końcu zgodnie z umową nieprzeszkadzałem Wam cały rok. Słucham.

- Od budżetu?

- Dobra, nawijaj.

- Głos zabierze minister finansów, Pan Vicuś Robożabski.

-- Hm, tego, no - zaczął jak zwykle minister mianowany przez ze mnie, szczupły jegomość, z szalikiem fantazyjnie zawiązanym na brzuchu.

- Mamy problem - z strachem w oczach spojrzał najpierw na Móżdżka, potem szklistym wzrokiem przeleciał po innych i zatrzymał się mnie.

- Wal śmiało Vicuś, po antylopach na sawannach i żarciu w knajpach Bejrutu nic mnie nie zwali z nóg. - zachęciłem go do spowiedzi.

- Hm, tego, no …. Mamy nadwyżkę w budżecie. - cicho wyseplenił.

Zapadła cisza.

- Ile tego - palnąłem niewiele początkowo rozumując coś tego.

- Gdzieś około 52 miliardy złotodolarów - szybko odparował.

- Złotych czy dolarów - ostro zapytałem

- Złotych - odpowiedział.

- Konkretnie? - zapytałem, byłem święcie przekonany, że jak każdy minister finansów ma z tym zawsze poważny problem.

- Na godzinę 8 42 minuty czyli sprzed 72 minutami na koncie naszego państwa była kwota 52 miliardy 836 milionów 632 tysiące 983 złoto .. i - zająknął się - 18 groszy.

Zatkało mnie.

- Bajerujesz Vicuś - odpaliłem. Rok temu mieliśmy dług w granicach 700 mld złotych a Ty chcesz mi wmówić, że teraz mamy nadwyżkę 50 miliardów?

- Uhm..- patrzył na swoje paznokcie.

- Masz mnie za durnia? A może mi powiesz jak zamierzasz rozdzielić ową kwotę np. jutro?

- Plan jest następujący. Rosja weźmie pożyczkę u nas na kwotę równą 25 mld na 25 %, US-Ej 15 mld na 32 % a Francja 10 mld na 83 %. resztę rozdzielimy po naszych sąsiadach - zakończył.

- 83 % Francji? Czyś Ty Vicuś oszalał? Kto się na to zgodził? - zaczynałem tracić cierpliwość na taką rzeczywistość.

- Sami zaproponowali. O pożyczkę u nas zabiegali także Anglicy, więc zrobili sobie licytację i nie mogli przebić tych 83 %, więc jej nie dostaną. Dostaną Francuzi. - perorował cierpliwie.

- Móżdżek, co tu się działo jak mnie nie było? - ostro zapytałem Premiera.

- Bardzo proste. Mieliśmy dług 700 mld. Zrobiliśmy referendum z pytaniem - czy chcecie umorzyć swój dług kochani Polacy. Była frekwencja ponad 150 % i wyszło, że wszyscy nawet nienarodzeni i ci już poza grobowcy oraz obcokrajowcy w obywatelstwem naszym głęboko poparli nasz wniosek. Nazajutrz nie było długu. Proste.

- Potem już było z górki - zaczepnie informował Vicuś. - Kazałem wydrukować 200 mld złotodolarów - spojrzał na Premiera - nie ma co ukrywać i tak się dowie wcześniej czy później.

- Za tę kwotę wykupiliśmy wszystkie banki w Polsce z obcym kapitałem, banki te wykupiły zakłady z obcym kapitałem itd. A jeszcze, w międzyczasie puściliśmy plotkę, że odkryliśmy złoto i diamenty w Dolinie Rospudy, że tak naprawdę to wcale nam o żaby czy kruki nie chodziło. I jeszcze kilka innych
rzeczy puściliśmy w świat.

- Potem poszło jak z płatka. Zaczęliśmy handlować z tymi krajami, co nie miały długu publicznego. Ponieważ nikogo takiego nie było a każdy chciał nas jak zawsze doić, to daliśmy im możliwość dojenia nas, lecz za nasze pożyczki. Zrobił się taki kocioł, że nawet Bank Światowy czy FED pogubił się we wszystkim. Zresztą są i tak na naszym garnuszku. A my? Tu pożyczka, tam pożyczka i tak to się turla. Po pół roku wyrównywaliśmy budżet. Teraz mamy tyle, a jutro będzie jeszcze więcej. Perpetuum mobile Jaśnie Panie - zakończył Premier.

- Już ja ci …. szukałem epitetu emocjonalnego do obecnej sytuacji, lecz jak się okazało na taką pomysłowość Polaka po prostu nasz język jest wyjątkowo tępy - Czy wyście poszaleli wszyscy?

- Czyli jak rozumiem, długu nie mamy a inni stają pod naszymi drzwiami z pustymi worami? Tak?- spytałem.

Wszyscy jak mur kiwnęli głową. Byłem załamany.

- Są jeszcze jakieś dziwa? - spytałem Premiera.

Móżdżek nadal cały czerwony …

- Mogie jeszcze słówko? - rzucił Vicuś. - Chiny są nam krewni jakieś 250 mld złotodolarów..

- Dosyć, k.. bo pozabijam, dosyć - wrzasnąłem - Vicuś, jeszcze słowo coś o jakiś durnych złotodolarach a każe Ciebie wykastrować i wyśle do dżungli, abyś tam śpiewał z kanarkami o porannym świcie.  I dopilnuję, abyś w Buenos Aires bykom jaja kołysał! Brakuje mi tylko u wrót Polski zgrai narodów, którzy chcą coś od nas pożyczyć na wyjątkowo diabelsko lichwiarski procent, przecież to grozi wojną światową, czwartą! Zetrą nas w proch pojutrze!

- Spokojnie Szefie, spokojnie - odezwał się jegomość w surducie. postać jakby z XIX wieku.
- A ty kto? - wrzasnąłem.
- Minister Spraw Zagranicznych, Zbynio Wszędowkręt - oznajmił Premier.
- Ta? A Ty co zaoferujesz mi? Jakąś wojenkę. - cierpko spytałem.
- Na dzisiaj nie. Była owszem taka możliwość. Dwa narody Telibowie i Szekaici zwrócili się do nos prośbą o rozpoczęcie wojny.
- Do nas - zwróciłem mu uwagę.
- Przecie mówię, do nos. - zacietrzewił się Zbyniu.
- No więc wysłaliśmy tam naszego eksperta z tamtych terenów - był tam kiedyś aż sto dwa dni i o dziwo przeżył - rzekł z dumą minister. - Włazidupek DaRek. Po długich i beznadziejnych negocjacjach w końcu obie strony uzgodniły warunki wojny, no i się zaczęła.
- Hi, pewnie trup się ścielę aż woda kipi od czerwoności w Eufracie - ironicznie skomentowałem.
- Krew? - wszyscy zdziwili się.
- Żadnej krwi. Włazidupek uzgodnił jasno, żadnej broni, noży kombinerek, igieł czy innych przedmiotów ostrych czy tępych. Żadnych rękoczynów.
- To niby jak ta wojna się toczy? Plują na siebie?

- No też, szefie, przecież to barbarzyństwo - odpowiedzieli chórem.

Zagotowało się we mnie.

- To walka jest na tupanie. - uprzedził mój wybuch Wszędowkręt.

- Na co, kuźwa?- o mało się nie zadławiłem. - Tupoco?

- Tupanie nogami. Kto głośniej zatupie ten wygrywa. Tupać wolno tylko na ubitej ziemi, żadnych zelówek czy podkładów metalowych. Zwykła gleba i bose nogi. - zakończył swoją misję minister.

Oniemiałem z wrażenia.

- I jak długo jeszcze będą tak tupać? - rzekłem złośliwie.

- Już niedługo. Giry już zaczynają wszystkich boleć a i sąsiedzi mają już dość tego tupania. Sądzę, że jutro będzie koniec.

- Jeszcze gdzieś jakaś wojenka?

- Tak. Chiny z Koreą.

- A tam o co poszło?

- Poważny kryzys. W niedzielę po mszy rodzina chińska udała się na spacer wzdłuż granicy z Koreą. I mała ich córeczka chciała nakarmić ptaszki po stronie koreańskiej i rzuciła zamiast kromką chleba, telefonem komórkowym marki Nokia. No i poproszono nas o zezwolenie na prowadzenie wojny.

- No, nie tego już za wiele. Wyobrażam sobie, że stają naprzeciwko siebie Chińczycy i Koreańczycy i zaczynają tupać - o mało co się nie udławiłem ze śmiechu - Przecież jak Chińczycy raz tupną, powstanie taka fala tsunami, że Japończyków i Koreańczyków wraz z dobytkiem, Ludzkość będzie przez wieki zbierać na wschodnich wybrzeżach obu Ameryk!

Ś
miech gromki zawładnął salą narad.

- No tak źle nie jest.- rzekł niezłomnie minister.

- A tak z ciekawości, dlaczego do nas? Przecież winni udać się do Finlandii, producenta Nokii.

- Hmm. To nie tak dokładnie - rzekł minister gospodarki.

- A niby jak może być dokładnie? - dociekałem.

Podszedł i podał mi swój telefon komórkowy, Nokia X400, tak pisało na przedzie. Ładny telefonik.

- Proszę odwrócić - podpowiedział Wysokojebski.

Odwróciłem i oniemiałem. Na spodzie telefonu było napisane „Made In Poland”. TM.RM.

- Wrócimy do tego - uważnie przyglądałem się telefonowi. - Jak zakończył się ów spór?

- Nijak. Żadnej wojny nie będzie. Wysłaliśmy żonę Włazidupka i ona sprawę załatwiła w jeden wieczór.

- Niby jak?

- Zaprosiła żony obu szefów państw na wieczór do restauracji, gdzie występują panowie na golasa. Dobre jedzenie, kilka drinków, świetne widoki i perspektywy swoje zrobiły. Wymieniły jeszcze kilka doświadczeń z zakresu alkowej i Panie w dobrych humorach wróciły nad ranem do domu …tam zrypały solidnie mężów i jak nasz wywiad donosi żaden z szefów obu państwa nie opuścił sypialni od tygodnia. Mamy więc spokój. Znając zaciekłość i znajomość Kamasutry obu Pań mamy gwarancję, że zapomną o całej sprawie. W zanadrzu mamy jeszcze jedną broń. Pani DaRka ma magnetofon z nagraniem „chrząszcz brzmi w trzcinie”. Kto pierwszy prawidłowo wypowie to zdanie, ten wygra wojnę.

- No dla tych nacji wypowiedzenie tego to zbrodnia ludobójstwa. Haga nasz czeka. A kto wymyślił ten„topór”?

- Profesor, znawca języka polskiego Szczęt Barklć - wypalił minister oświaty.

- No ten to sobie słowiańskie nazwisko załatwił. Samobójca narodu. - byłem już mocno załamany.

-Wróćmy do Nokii. Rozumiem, że jesteśmy jej właścicielami.

- Tak, Panie Prezydencie - szybko zareagował Móżdżek.

- Co jeszcze? Inni producenci… - nie dokończyłem.

- Wszyscy, co do jednego - rzekł minister spraw zagranicznych.

- Te Dickens, nie wkur.. mnie.- ostro zaripostowałem. Nie mów, że ten Boeing i Arbuz też jest nasz.

- Oczywiście, że są nasze. Mamy całe pakiety tych fabryk i innych także. - spokojnie szlifował swoje pazury o surdut.

- Czyli na Hawajach, z tym Tu jak mu tam, to była zwykła lipa?- zapytałem wrednie.

- Dokładnie - odpalił Dickens.

- A jakim to sposobem, mogę wiedzieć?

- Prosto. - Wypalił minister finansów. - Zwróciliśmy się do Boeinga z prośbą o pożyczkę wysokości 50 mld dolarów. Z początku przerazili się i odmówili. Po jakimś czasie, zastanowili się i zadłużyli się na całe 50 mld i dali nam. Poczekaliśmy trochę, zabrakło im środków, skarb US-ia zaczynał być pusty, nie było skąd wziąć na wypłaty, opłacenie kosztów, nawet tych prostych. Wtedy to Dick.. sorry Zbynio pojechał do nich, zrobił piknik dla całej załogi i zarządu. Byli już u skraju wyczerpania z głodu, jedli nawet serwetki z okruszkami. Zbynio zaproponował im pomoc finansową w wysokości 75 mld dolarów i po tygodniu firma zaczęła doskonale prosperować a my staliśmy się jej właścicielami. Z Airbusem było inaczej. Włazidupek miał kontakty z Benkiem Ladenem. A jak szefunio wie, lubi ów sympatyczny starzec haszysz. Jak opanowaliśmy cały handel narkotykami, to zaczęliśmy dozować ten towar. Benek zaczął odczuwać głód i zwrócił się o pomoc w dostawie do nas. Ugadaliśmy się, że dostanie od nas 100 gram co miesiąc, w zamian ma spełnić nasza prośbę. Miał wygłosić z swojej jaskini orędzie, że od jutra zacznie wysadzać w powietrze wszystkie samoloty tego producenta. Ci spanikowali i oddali nam za darmo swoje samoloty wraz z fabrykami. My mamy samoloty a Benek swoje 100 gram i Jaskinie w Górach Świętokrzyskich. Proste jak drut kolczasty bez kolców. - Zakończył wywód.

- Ty mi tu Becketem nie wylatuj, znalazł się cwaniak. Skarb US-ia pusty?

- Oj szefie, szefie, przez rok się wszystko pozmieniało - rzekł Premier, jakby mniej czerwoniasty.

- To gdzie mają oni swoje 1200 ton złota? - Spytałem.

- U nas,- rzekł bez kozery i cienia pokory Dickens.

- U nas? Tutaj? W Polsce? Niemożliwe! - Wrzasnąłem. - Nawet nie chce słyszeć, jakim sposobem, bo mnie szlag zaraz trafi…. Umilkłem, za oknem coś zrobiło się gwarno. Wyjrzałem przez okno a tam stał na dziedzińcu przed Pałacem tłum młodych ludzi.

- To manifestacja młodzieży do pana Prezydenta, 100 tysięcy młodych ludzi. - uprzedził moje pytanie Szambelan.

- A oni czego tu?

- Z petycją. Mają dość nudy, chcą zlinczować jakiegoś skorumpowanego urzędnika, łapówkarskiego przedsiębiorcę, tych co nie płaca podatków lub oszukują lub kogokolwiek coś w tym rodzaju.

- O co w tym kraju kuźwa chodzi Móżdżek?- spojrzałem na Premiera. Zawstydził się.

- Przykro mi bardzo, sam Pan przed wyjazdem dał nam dyrektywy…

- Dał, nie dał - przerwałem ostro - Co nie ma w tym kraju skorumpowanych urzędników, przedsiębiorców, bandytów, złodziei? Nikt już w łapę nie bierze, nawet wiejski pies?

- Nie, Panie Prezydencie, nikt.

- A złodzieje? Więzienia pewnikiem pełne?

- Nie, puste. - odparł minister sprawiedliwości.

- Puste?

- Mamy długoterminową zawartą umowę z Rosją w sprawie wydzierżawienia od nich gułagów na Dalekiej Syberii. Wystarczył jeden transport, po miesiącu zabraliśmy ich z powrotem. Potem jako już doświadczeni więźniowie opisali swoje gułagowskie przeżycia i rozpoczeli prewencyjną edukację w szkołach, urzędach, w firmach, sympozjach, seminariach dla adwokatów, lekarzy i etc. Po miesiącu zmuszeni byliśmy zamknąć wszystkie areszty, więzienia. Nie było kogo wsadzać.

- Tragedia, już po mnie - załkałem.

Móżdżek podszedł, poklepał po ramieniu.

- Co tam się znowu dzieje? - Zauważyłem, że do czołówki manifestacji podeszło trzech ludzi w kaskach zielonych, z kamizelkami z napisem WZOM i coś wręczali tym ludziom. Powoli tłum się wycofywał na ulicę.

-Weź no skocz Szambelanie po ową ulotkę.

Kiedy przyniósł wszyscy rzucili się do czytania a tam stało napisane.

„Warszawskie Zakład Oczyszczania Miasta w podziękowaniu dla uczestników marszu pod tytułem „Dajcie nam bandytów, bo umrzemy z nudów”, którzy nie szczędząc swoich młodzieńczych sił i na całej 40 km trasie przemarszu, pozbierali wszystkie śmiecie i odchody oraz odpadki komunalne, czym nasze miasto zaoszczędziło ponad 5 mln złotodolarów, zaprasza dzisiaj wszystkich Szanownych manifestantów wraz z rodzinami na uroczysty festyn na Bemowie. Na wszystkich czekają nagrody i atrakcję. Na głównej scenie wystąpią zespoły tak znane jak „Sekstorpeda szybciej się nie da” etc….

Dalej już nie czytałem.  Wziąłem na stronę Premiera.

- Don, coś Ty k… narobił? Jak ten kraj wygląda? - płaczliwie zacząłem.

- Szefie, to jeszcze nie wszystko, nie ma POOlicji czy PISOlicji lub SLDolicji a jest zwykła, normalna uczciwa policja, Polacy za granicą są bardzo szanowani, nie jesteśmy już traktowani jak złodzieje, nie ma już Parlamentu Europejskiego, tak na marginesie w samym gmachu zrobiliśmy nowoczesny Lumpex z naszymi wyrobami. Mamy teraz Polskę Zjednoczoną Europy a jutro na posiedzeniu ONZ ma powstać Polskie Zjednoczone Państwo Świata, wszędzie mamy wjazd bezwizowy,  no może tylko marudzimy i nie chcemy tak szybko dać wiz Amerykanom, ale powoli może jak dorosną do nas to im damy. Urzędy rozpatrują skargi czy prośby obywateli w siedem dni maksymalnie a to obywatel ma dwa miesiące, aby odpowiedzieć urzędowi, nie ma kolejek w przychodniach, w szpitalach wszyscy mają wygody, własne pokoje jednoosobowe, lekarze zwracają się po imieniu do pacjentów, są zawsze uśmiechnięci, wszystkie gminy mają nadwyżki, nikt nie jest zadłużony..

- Donek, przestań pitolić, ba jak walnę w ryj to ci opuszki z palców na zelówki polecą. Jeszcze słowo a będzie pierwszy bandyta i morderca Polsce i tą osobą będę ja….

Nagle rozległ się dzwonek u drzwi, gdzieś zawyły jakieś psy… zaczęło mi się kręcić w głowie, machałem na oślep rękoma…. i nagle. Podniosłem się. Powoli obracałem głową, gdzie ja jestem? Salon, kanapa, na stole ekran komputera mrugał, jakaś wiadomość, satelita. Własny dom. Wstałem przerażony, to był tylko sen, tylko sen powtarzałem jak mantra .. ty.. sen. Wszedłem do łazienki, opłukałem twarz zimną wodą. Psy ujadają, pewnikiem policjant. Podszedłem do okna w gabinecie. Ujrzałem pijanego Naczelnika ruchu drogowego w …., upadł, obok stał jego syn i nie bardzo wiedział co począć. Uśmiechnąłem się radośnie, chciałem natychmiast wyjść i pomóc słabemu ciału.

- Mordo Ty moja, jak ja się cieszę, że Naczelnika widzę w takim stanie… Coś mamrotał pod nosem, przysłuchałem się, coś znajomego …. Jeszcze Polska nie zginęła póki my żyje… i zwrócił na służbową koszulę koloru khaki. - Mordo Ty moja…
Sen Prezia....
Tekst powstał w lutym 2010 roku...kilka tygodni przed tragedią "Smoleńską". Któż to przewidział... Inspiracją był "dziwny" stosunek premiera do najwyższego urzędu w Polsce.... Zbieżność zdarzeń, osób przypadkowa. Zapraszamy do lektury.